Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak zaplanowałem. Liz zauważyła mnie w krzakach, a na jej twarzy widoczna była wyraźna złość i chęć zabicia mnie. Słodko.
Wyszedłem z ukrycia i momentalnie znalazłam się koło niej, ukazując swój zniewalający uśmiech.
-Jesteś dupkiem, wiesz? -powiedziała i wstała, ale uniemożliwiłem jej wyjście.
-No co? Przecież mówiłem, że ci się podobam. -odparłem pokazując jej, żeby usiadła.
-Czy naprawdę musiałeś wysyłać Matta na zwiady? W ogóle skąd wy się znacie? Whatever, gratulacje, dopiąłeś swego. -lekko mnie popchnęła i wybiegła najszybciej jak mogła zostawiając mnie samego.
Co jest nie tak? Skoro mnie lubi to może powinna mi to jakoś bardziej okazywać? Ta dziewczyna jest bardzo skomplikowana, ale to najbardziej mnie w niej pociąga i mam zamiar sprawić, że będzie moja, tylko moja.
Elizabeth's perspective
Justin zachował się jak totalny kretyn i dupek. Musiał się dowiedzieć jak go postrzegam choćby nie wiem co i oczywiście wygrał. Znowu. Następnym razem nie dam mu tej satysfakcji, bo następnego razu nie będzie. Muszę sprawić, żeby poczuł się odrzucony. Nie wierzę, że to mówię, ale muszę znaleźć sobie... chłopaka. Tylko jakim kosztem? Ugh.
Dobiegała godzina 21, Drew nadal nie było. Trochę mnie to martwiło pomijając wcześniejsze wydarzenia. Wzięłam do ręki mojego iPhone'a i wykręciłam jego numer.
-Halo?
-Hej, Drew. Gdzie jesteś? -zapytałam.
-A co, tęsknisz, mała? -wiedziałam, że pod nosem się uśmiechał.
-Oh tak, bardzo. Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. -burknęłam.
-Jestem... -urwał. Usłyszałam wielki łomot i momentalnie Drew rozłączył się zostawiając mnie w cholernej niepewności. A jak coś mu się stanie? Boże, dlaczego ja się nim przejmuje? No dobra, był dziwny i tak dalej, ale nie zasługuje na śmierć. Nie w tym wieku. Nie teraz.
Justin's perspective
-Wojna gangów, przygotuj się. -powiedział do mnie Matt, a ja zacząłem wyjmować broń.
-Tym razem kto na kogo? -zapytałem, ponieważ nie byłem na to gotowy.
-My przeciwko Dead Circle. Wygramy to, to frajerzy. -zakpił.
-Nie lekceważ wroga. -prychnąłem wkładając ostatni pistolet do kieszeni mojej kurtki. -Idziemy! -krzyknąłem do reszty chłopaków, po czym momentalnie znaleźliśmy się na terytorium, na którym miała odbyć się walka.
Dochodziła godzina 23, a nasi przeciwnicy nadal się nie zjawiali. Oni nie mogli tak po prostu odpuścić, nie po tym, co im zrobiłem. Tyson Bennett wie o tym najlepiej, jest przywódcą tego gangu. Dwa lata temu zabiłem całą jego rodzinę i nie czułem smutku, nie miałem ich na sumieniu, wręcz przeciwnie, cieszyłem się ze swojego czynu. Jako tako nie było żadnego powodu, dla którego to zrobiłem, chyba, że dla czystej zabawy.
Nagle usłyszałem ciężkie kroki.
-Nadchodzą. -powiedział Matt z tyłu, gotowy do ostrzału.
-Nie teraz. -upuścił broń i czekał, aż wydam rozkaz.
-No no, Justin Drew Frajer Bieber. -przywiał mnie Tyson, widocznie rozbawiony swoim żałosnym żartem.
-Tyson Sierota Bennett we własnej osobie. -odgryzłem się jego własną bronią.
-Radziłbym ci uważać na słowa. -prychnął podchodząc bliżej.
-Dlaczego? Nie boję się ciebie ani twojego dziecinnego gangu. -powiedziałem lekceważąco, na co dostałem dosyć mocnego kopniaka w brzuch.
-Dostaniesz takich więcej jak nie zamkniesz mordy. -zagroził mi, na co ja wybuchłem śmiechem. Tym razem to ja zasadziłem mu kopniaka. Upadł ciężko na podłogę.
-No nie mów, że już się poddajesz. -burknąłem.
Nagle poczułem uderzenie z tyłu, odwróciwszy się ujrzałem jednego z tych frajerów. Oddałem mu prawym sierpowym, udało mi się go powalić. Następnie szła na mnie większa grupka przeciwników, kazałem przygotować broń i na mój znak chłopcy cisnęli w nich amunicją. Miotali się na wszystkie strony, krew rozbryzła się na wszystkie strony, plamiąc moją koszulkę. W tym momencie mnie to nie obchodziło, czułem się dumny z tego.
-Śpij dobrze, Bennett. -powiedziałem.
-Spotkamy się w piekle, Bieber. -odparł, po czym wystrzeliłem prosto w jego serce. Zamknął oczy i na zawsze odpłynął z tego świata.
-Dobra robota, panowie. Wracamy. -powiedziałem.
-Nie tak prędko. -usłyszałem za nami głos. Odwróciłem się i ujrzałem... głowę gangu? No proszę.
-Po co przyszedłeś? -zapytałem zdezorientowany.
-Masz zabić te sukę. -splunął.
-O kim mówisz?
-O Elizabeth, siostrze Drew. Zabij ją. -powiedział stanowczo.
-Dlaczego? -moje ciało momentalnie wypełnił strach. Bałem się. Bałem się o nią.
-Bo niedługo pewnie się dowie, że ty i Drew jesteście tym, kim jesteście, a do tego nie możemy dopuścić. -odparł, po czym odpalił papierosa i zaciągnął się jego dymem.
Mam ją zabić? W życiu, kurwa.
-A co, jeśli tego nie zrobię? -zapytałem zaciekawiony, na co on parsknął śmiechem.
-Zrobi to Drew, a jeżeli oboje się z tego nie wywiążecie, sam to zrobię. -odwrócił się i zniknął w ciemnej uliczce.
***
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!
- Proszę was, nie zostawiajcie rozdziału BEZ KOMENTARZA! Komentujcie, motywujecie mnie tym do dalszego pisania + mniej więcej wiem, ile osób czyta moje opowiadanie.
- Jeżeli macie możliwość - dodajcie się do obserwujących NA DOLE! Ok? :)
- Jeżeli chcecie być informowani o dalszych rozdziałach - napiszcie swój nick z twittera w komentarzu/zakładce 'informowani'.
- Polecajcie to opowiadanie znajomym :)
+ Długość tego rozdziału mnie nie zadowala, ale myślę, że treść wyszła ok.
Co sądzicie? :)